Sprawa Andrzeja Smosarskiego
Z Anarchopedia
Głównie za sprawą CK-LA ruszyła inicjatywa w sprawie Andrzeja Smosarskiego, działacza politycznego, społecznego, publicysty, niesłusznie oskarżonego o napaść na funkcjonariusza. Andrzej został skazany na zapłacenie 3700 PLN grzywny oraz kosztów procesu, pomimo iż żaden ze świadków oskarżenia nie jest w stanie odtworzyć przed sądem tamtych wydarzeń, a logika oraz świadkowie obrony zaprzeczają jakoby miał kogokolwiek uderzyć.
Spis treści |
[edytuj] Kampania
Kampania jest związana z oskarżeniem mnie przez funkcjonariusza policji - Andrzeja Chmurę - o kopnięcie go w klatkę piersiową podczas manifestacji pielęgniarek w Warszawie w grudniu 2000 roku. Czyn taki nigdy nie miał miejsca, co pragnę podkreślić jasno i wyraźnie i każde słowo zeznań policjantów w tej w kwestii jest w najlepszym razie pomyłką, jeżeli nie świadomie wysuwanym fałszywym oskarżeniem. W rzeczywistości, brałem udział jedynie w drobnej przepychance - bez użycia rąk czy nóg - której celem było przerwanie kordonu. Istniał ku temu poważny powód - jedna z uczestniczek manifestacji, z którą znalazłem się w zamkniętym przez policję kręgu doznała najprawdopodobniej ataku histerii a policjanci nie reagowali na prośby o udzielenie jej pomocy lub odprowadzenie do karetek pogotowia, stojących w pobliżu.
Sprawa ta, pomimo że pozornie wydaje się całkowicie absurdalna, w rzeczywistości rodzić może dla mnie bardzo poważne skutki prawne. Upór policjantów w podawaniu nieprawdziwej wersji zdarzeń doprowadził już do tego, iż w pierwszej instancji otrzymałem wyrok skazujący mnie na zapłacenie do kasy Sądu (łącznie z opłatami dodatkowymi) 3700 złotych, z czego 3000 złotych podstawowej grzywny wyceniono na 100 dni aresztu. Tak więc może się zdarzyć, iż za poparcie protestu pielęgniarek, którego słuszność uznał nawet parlament (zatwierdzając ustawę o 203 złotowej podwyżce, której domagały się te środowiska), przyjdzie mi spędzić trzy miesiące w areszcie. Aby tego uniknąć, potrzebne mi jest wsparcie, także ze strony opinii publicznej, o które niniejszym proszę.
Pragnę przy tym podkreślić, że czynię to tylko pod presją groźby rzeczywistej represji. Pomimo, że w ciągu kilkunastu lat aktywnej działalności na radykalnej lewicy kilkakrotnie spotykały mnie różne szykany (w rodzaju kolegiów i rozpraw przed sądami grodzkimi za plakatowanie czy udział w demonstracjach uznanych za nielegalne) to nigdy ich skala nie była tak dotkliwa jak w przypadku tej sprawy. Tym razem jednak, upór policjantów i sądu może doprowadzić do tego, że na 100 dni znajdę się w areszcie za czyn, którego nie popełniłem.
Niezależnie od tego, czy moje problemy są sprawą reakcji systemu na protesty obywateli, czy też po prostu wynikają z ograniczoności funkcjonariuszy policji, którzy nie potrafią nawet dokładnie opisać rzekomej "napaści", to nie ulega wątpliwości, że sprawa ta posiada także bardzo poważny wymiar społeczny i polityczny. Zostałem zatrzymany nie jako włamywacz czy kieszonkowiec, ale jako uczestnik manifestacji, nielegalnej, lecz o celach uznanych potem przez parlament i część mediów za uzasadnione. Działania policji i sądu w moim przypadku wpisują się więc w schemat kryminalizacji protestów społecznych przez władze - podobnie jak przypadki agresji policji wobec zgromadzeń publicznych, próby zastraszania działaczy społecznych czy w końcu inne procesy, których schemat jest identyczny z tym, który mnie dotyczy. Protesty i inne przejawy krytyki obecnego stanu rzeczy są więc traktowane jako działalność nielegalna i tak też prezentuje się je opinii publicznej.
Na koniec, gorąco namawiając do zapoznania się z treścią tej strony oraz zwracam się z gorącą prośbą do tych z Państwa, których nie przekona opis zdarzenia. Otóż, Drodzy Sceptycy, jeżeli już nie zechcecie uwierzyć w moją niewinność, bo historia ta wyda Wam się naciąganiem łatowiernych przez agresywnego chuligana, to proszę, odpowiedzcie sobie tylko na pytanie: czy Wy sami, gdyby naszła Was nagle chęć prowokowania zadymy z policją, wybralibyście sobie do tego celu akurat manifestację... pielęgniarek?
[edytuj] Sprawa
[edytuj] Kontekst
Pechowa dla mnie, a będąca częścią udanej kampanii środowiska pielęgniarek i położnych manifestacja miała miejsce w dn. 18.12. 2000 roku. Był to ponury, grudniowy dzień, w którym Warszawę przykrywał charakterystyczny dla odwilży rozbełtany śnieg. Atmosfera społeczna w kraju była równie mało sympatyczna – okres „późnego Buzka” charakteryzowało poczucie narastającego kryzysu i beznadziejności oraz całkowitego braku wiary w to, że elity polityczne są w stanie uczynić coś dla zwykłego obywatela.
W stolicy, powoli szykującej się do świąt Bożego Narodzenia, od wielu dni trwały protesty pielęgniarek, których stacjonarnym elementem była okupacja budynku Ministerstwa Zdrowia. Odbywały się także manifestacje pracowników służby zdrowia, z których blokada Trasy Łazienkowskiej miała mieć charakter przełomowy, wykazała bowiem wielką determinację i solidarność środowiska. Przez środek miasta ciągnęły na sygnale kawalkady policyjnych wozów, majace stanowić demonstrację siły państwa nie rozumianego przez swoich obywateli, a będącego w konflikcie z niezwykle liczną i dobrze zorganizowaną grupą zawodową.
Protesty pielęgniarek i położnych cieszyły się sympatią warszawiaków, na co dzień częstokroć niezbyt przychylnie nastawionych do manifestacji politycznych jako utrudniających ruch drogowy w przeludnionej metropolii pozbawionej obwodnicy i sieci metra z prawdziwego zdarzenia. Sytuacja materialna pielęgniarek, zatrudnianych za głodowe stawki i często czękajacych na opóźniające się pensje tygodniami była dość powszechnie znana, a fakt, iż większośc uczestników stanowiły panie utrudniał propagandzie systemu przedstawianie okupacji resortu zdrowia i manifestacji jako działań nacechowanych agresją. Powszechne rozgoryczenie polityką najbardziej nieudolnego rządu po roku 1989, które niewiele później dało sukces ekipie Leszka Millera, także przekładało się na sympatię dla protestujacych kobiet.
W tym czasie organizacja do której należałem – Lewicowa Alternatywa – nie nawiązała bezpośrednich kontaktów ze strajkującymi pielęgniarkami. Tradycyjnie współpracowaliśmy jednak z Polską Partią Socjalistyczną, kierowaną wówczas przez Piotra Ikonowicza, która to partia w miarę swoich, niewielkich w gruncie rzeczy możliwości, protest ów wspierała. Owa kooperacja między związkiem zawodowym pielegniarek i położnych a PPS-em była tym bardziej ułatwiona, iż inny z liderów tej partii, Cezary Miżejewski, aktualny wiceminister polityki społecznej, był współorganizatorem tego protestu.
O tym, że następnego dnia ma się odbyć blokada Trasy Łazienkowskiej dowiedziałem się pocztą pantoflową. Jako, że całym sercem popierałem protestujące kobiety, przez lata pauperyzowane przez system bez jakiejkolwiek refleksji nad wartością ich pracy dla społeczeństwa, postanowiłem wybrać się na Trasę Łazienkowską. Wiedziałem, iż Piotr Ikonowicz i jego ludzie zostali oficjalnie zaproszeni do uczestnictwa w tej manifestacji oraz że zaproszenie te obejmuje także inne grupy radykalnej lewicy, które chciałyby wesprzeć manifestację białego personelu. Z wolnym czasem nie było problemu – gwałtowne pogorszenie sytuacji na rynku pracy w okresie rządów AWS dało mi go aż nadto.
W dzień protestu pojawiłem się w biurze Polskiej Partii Socjalistycznej na mniej więcej przed planowaną manifestacją. Tu okazało się, iż z szumnie zapowiadanej wielkiej ekipy mającej uczestniczyć w manifestacji wyszły nici. Mimo wyczekiwania na spóźnialskich - które wpłynęło na to, że w końcu spóźniliśmy się kilka minut na początek zdarzeń – w skład naszej grupy weszło dziewięć osób, w tym trzy z mojej rodzimej Lewicowej Alternatywy. Piechotą ruszyliśmy z Krakowskiego Przedmieścia przez ulice Powiśla w kierunku na Torwar.
Warto przy tym podkreślić, iż nie była to żadna bojówka nastawiona na zadymę, ale grupa osób znających się między sobą często bardzo słabo, w róznym wieku i rozmaitej kondycji fizycznej. Cel naszej eskapady nie został do końca zdefiniowany, jednak oczywiste było, iż jako osoby posiadające znacznie większe doświadczenie w rozmaitych akcjach ulicznych będziemy w stanie służyć radą czy jakąś pomocą w rozwiązywaniu doraźnych problemów. Obecnośc powszechnie lubianego przywódcy PPS miała podnieść na duchu protestujące panie, a istotną wagę miało też obserwowanie działań policji, które wobec kobiecego składu manifestacji powinny mieć szczególnie wyważony charakter. Kolportowane w tym czasie wyraźnie w złej wierze przez niektóre media doniesienia o istnieniu rzekomych „bojówek Ikonowicza” nie mają nic wspólnego z prawdą, podobnie zreszta jak pewne medialne wystąpienia działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej o rzekomym uczestnictwie w manifestacji „kilkudziesięciosobowej grupy członków naszej partii”.
[edytuj] Blokada
Gdy dotarliśmy na Trasę Łazienkowską od strony Myśliwieckiej, manifestacja już trwała. Na jezdni najważniejszej arterii komunikacyjnej w stolicy znajdowało się około tysiąca pięciuset osób, co jak na realia Polski przełomu XX i XXI wieku oznacza naprawdę duży protest. Przejazd Trasą Łazienkowską był faktycznie możliwy jedynie dla jadących na sygnale karetek pogotowia, których kierowcy zresztą klaksonami pozdrawiali protestujących.
Pielęgniarki jak zwykle były wspaniałe, solidarnie skandując swoje hasła w rytm hałasu w rytm tworzonego przez siebie hałasu. Nie na darmo symbolem tego protestu stały się plastikowe butelki po napojach typu pet wypełnione groszowymi monetami, mającymi pokazać jak haniebnie niskie są płace niższego personelu medycznego. Organizatorzy manifestacji wyraźnie panowali nad tłumem, pielęgniarki zdawały sobie też sprawę z możliwości zaistnienia prowokacji ze strony policji czy wejścia do manifestacji niepotrzebnych zadymiarzy. Sam doświadczyłem zainteresowania jednej z grup pielęgniarek z głębi kraju, dośc energicznie wyrażających chęć dowiedzenia się, kim jestem i co tu robię. Oczywiście, bez trudu wyjaśniłem swój status i podejrzliwe panie odeszły uspokojone. Ogólnie, atmosfera manifestacji była pełna godności i choć wyczuwało się determinację i upór jej uczestników, a hałas monet w butelkach i krzyki kobiet skandujących hasła nadawał jej dynamiki, to w żaden sposób nie da jej się zaklasyfikowac jako zachowania agresywnego wobec kogokolwiek.
Mężczyzn w demonstracji było bardzo niewielu, może pięćdziesięciu, może nieco więcej. Wśród nich, oprócz mnie i moich współtowarzyszy, było jeszcze kilku członków Federacji Anarchistycznej z transparentem popierającym protest oraz większa grupa pracowników służby zdrowia, głównie pielęgniarzy ze szpitali. Przy takim składzie demonstracji rola jaka miała nam przypaść nasunęła się niemal automatycznie.
Wiadomo było, iż najprawdopodobniej nastąpi pacyfikacja demonstracji przez policję – dla władz naszego kraju w takich razach nic nie jest sprawą bardziej istotną od zapisów kodeksu drogowego, ani sytuacja materialna dziesiątek tysięcy ludzi, ani – jak pokazała brutalna pacyfikacja przeciwników wojny z Irakiem w dniu agresji na ten kraj – reguły prawa międzynarodowego i szacunek do ludzi, którzy tego prawa bronią. Jedyną formę przeciwstawiania się policji przez niemal całkowicie kobiecą manifestację mogło stanowić zastosowanie biernego oporu, a więc siadanie czy kucanie (jezdnia była mokra) i trzymanie się pod ręce. W takiej sytuacji, zadaniem mężczyzn musiało być zgrupowanie się na przodzie manifestacji i wzięcie na siebie pierwszego impetu uderzenia policji, które – jak można się było spodziewać – będzie najbardziej przykre dla protestujących.
Trzeba przy tym przyznać, iż funkcjonariuszy policji nie brakowało – w okolicy manifestacji zgromadzono dziesiątki rozmaitej wielkości aut i setki funkcjonariuszy. Policja jednak nie spieszyła się z interwencją i przez dłuższy czas usiłowała psychologicznie wpłynąć na manifestująch, przez głośniki podając wezwania do rozejścia się, okraszone rozmaitymi ostrzeżeniami i pogróżkami.
Z kolei uczestnicy protestu przez posiadane przez siebie nagłośnienie wzywali policję do niepodejmowania interwencji, podkreślając, że jest ona dramatycznym wezwaniem o pomoc osób pogrążających się w ubóstwie mimo wykonywania niezwykle istotnej misji społecznej. „Pamiętajcie, że tu mogą być wasze żony i matki” – krzyczały kobiety. Do rąk protestujących dotarł też list otwarty związku zawodowego pracowników policji zwracający się do oddziałów prewencji o „szczególne” traktowanie uczestników protestu służby zdrowia, ze względu na fakt, że on ma on charakter wyjątkowo uzasadniony warunkami płacy pielęgniarek. Wśród tych, którzy czytali formujacym się w kordon naprzeciw manifestacji policjantom list od ich organizacji związkowej, byłem – o ironio! – także i ja! Cóż, pokazali mi niedługo potem funkcjonariusze prewencji, jak rozumieją owo „szczególne” traktowanie protestu!
Na razie nastąpił jednak atak policji, który rzeczywiście był stosunkowo mało brutalny, oczywiście w postrzeganiu kogoś, kto podobne szarże odczuł już wcześniej na swojej skórze. Półbiegiem, a czasem tylko szybkim krokiem policjanci zbliżyli się do znajdujących się już na ziemi demonstrantów trzymających się za ręcę i zaczęli ich wyszarpywać z owego żywego łańcucha. Mniej więcej trzydzuiestosobowy łańcuch siedząch na przedzie męzczyzn został oczywiście zaatakowany jako pierwszy i z użyciem największej siły fizycznej.
Osobiście, wytrzymałem jedynie kilka sekund, może pięć, może siedem, później troskliwe dłonie funkcjonariuszy uniośły mnie do góry i zaczęły transportować w stronę zejścia z Trasy Łazienkowskiej schodami na chodnik Wisłostrady. Musze przyznać, że po zastosowaniu chwytów obezwładniających nie bolał mnie kark miesiącami, jak po blokadzie eksmisji na ul. Freta, ani nawet nie podarto mi kurtki jak podczas pacyfikacji manifestacji antywojennej w dniu napaści USA na Irak. Jako, że ważyłem wówczas około dziewięćdziesieciu kilogramów, to interweniujący funkcjonariusze postanowili przekonać mnie do podążania na własnych nogach w sposób ogólnie przyjęty w takich razach i zadziwiająco skuteczny, gwaltownie podnoszac moje stopy, a obniżając jednocześnie moją głowę niemal do poziomu gruntu. Szorując głową po błocku i i ogladając świat do góry nogami, stosunkowo szybko uznałem ich sugestię za słuszną, i już na własnych nogach z wykręconymi rękami zostałem sprowadzony na feralny trawnik, na terenie którego rzekomo potem zaatakowałem pewnego posterunkowego rodem z Piwnicznej.
Z moich obserwacji, które w tej sytuacji mogły być jedynie wyrywkowe, wynikało, że większośc kobiet zostało potraktowanych dość łagodnie, choć oczywiście nie było się bez przepychania, szarpania, a czasem i agresji słownej. Zupełnie inną kwestię stanowił jednak sposób odbioru tej sytuacji przez protestujące panie, które – znając pracę policji z kryptoreklamy tej instytucji, której pełno w mediach – bardzo przeżywały sam fakt, że na nie, uczciwe osoby protestujące przeciw w oczywisty sposób skandalicznym warunkom pracy, przedstawiciele prawa w ogóle śmieją podnieść rękę.
Wiekszość z nich pierwszy raz znalazło się w tak bezpośredniej konfrontacji z przemocą stosowaną przez system, czuły się więc zaskoczone i poniżone takim potraktowaniem, które wytrwali opozycjoniści traktują jako normę. Wiele kobiet głośno protestowało, czy usiłowało wyrwać się z rąk policjantów – rzecz jasna bezskutecznie. W żadnej mierze nie była to jednak agresja fizyczna wobec policjantów.
Ci ostatni pofolgowali sobie za to wobec ówczesnego przywódcy Polskiej Partii Socjalistycznej, Piotra Ikonowicza, i to mimo posiadanego przez niego immunitetu poselskiego. W zamieszaniu, jakie spowodowała interwencja policji na taką skalę, można było udać, że nie rozpoznaje się osoby chronionej prawnie w sposób szczególny i dopaść człowieka, którego instyytucja ta znienawidziła za wiele interwencji w obronie ludzi poszkodowanych przez system. Ze zdumieniem obserowałem więc, jak policja ciągnie po schodach posła R.P. w taki sposób, żeby uderzał plecami o każdy stopień, dla lepszej zabawy dodając mu kilka kopniaków na rozpęd.
[edytuj] „Naruszenie nietykalności”
W tym czasie znajdowałem się już w grupie otoczonej przez policję szczelnym kordonem (zdjęcie tej grupy, zrobione z wiaduktu Trasy Łazienkowskiej czyli z góry, ukazało się nazajutrz w „Rzeczpospolitej”). Stanowiła ona jedno z wielu zbiorowisk ludzkich odseparowanych od reszty świata pierścieniem fukcjonariuszy, na które podzielono manifestantów po ich ściągnięciu w dół. Kiedy się w niej znalazłem, liczyła ona zaledwie kilkanaście osób, potem stopniowo uzupełniana o nowe osoby sprowadzane lub znoszone z miejsca blokady „spuchła” do około czterdziestu, a może nawet trochę więcej osób.
Mimo rozgrzewających krew emocji, było piekielnie zimno, co jakiś czas więc któraś z kobiet prosiła policjantów o wypuszczenie na zewnątrz, zawsze bez skutku. Budziło to złość, ale nie agresję – można było przypuszczać, iż najgorsze, tj. pacyfikację demonstracji mamy już za sobą, a teraz policji pozostaną jedynie sprawdzenie danych w celu ewentualnego ukarania za popełnienie wykroczenia. Ucieczka z miejsca zdarzenia – której chęć według sądu pierwszej instancji, miała być powodem mojego rzekomego ataktu na policjanta – była niemożliwa, gdyż poza kordonem znajdowała się cała rzesza policjantów stojących w kilkuosobowych grupkach. Napięcie nerwowe u demonstrantów powoli więc spadło, ustępując miejsca rozluźnieniu i zniecierpliwieniu sposwodowanym opieszałością policji, która powinna była w końcu zdecydować się, czy puszcza nas wolno, legitymuje na miejscu czy też stosuje tzw. doprowadzenie, w celu pierwszego przesłuchania w charakterze sprawcy wykroczenia.
Powyższa uwaga nie dotyczyła niestety, wszystkich osób otoczonych przez kordon policji. W pewnym momencie dostrzegłem bowiem kobietę, zachowującą się mocno nietypowo. Sprawiała ona wrażenie, jakby podlegała jakiemuś atakowi, tracąc kilkakrotnie równowagę, choć nie tyle upadała, co potykała się na ręce. Wówczas myślałem, że to może być atak padaczki, dziś – przypominając sobie dokładnie ów dzień – skłaniam się raczej do wersji, że był to albo atak histerii, albo wyraz jakichś poważniejszych kłopotów z sercem.
Najbardziej przerażająco wyglądała jej twarz, niesamowicie blada i wykrzywiona grymasem cierpienia. Ona także usiłowała wyprosić, dośc bełkotliwie zresztą, wyjście poza kordon, jednak jej stan nie wpłynął na postawę funkcjonariuszy. Było to dośc przerażające, gdyż zaledwie dwadzieścia, trzydzieści metrów od naszej grupy, znajdowały się dwie karetki pogotowia, sprowadzone na wypadek, gdyby któryś z manifestantów lub policjantów doznał obrażeń w czasie pacyfikacji manifestacji.
Później, na różnych etapach śledztwa, sugerowano mi, że to bardzo dziwne, iż niewiele mogę powiedzieć o wyglądzie mniej więcej pięćdziesięcioletniej ubranej zimowo kobiety, dynamicznie się przemieszczającej i co jakiś czas upadającej na ręce w błoto. To prawda, widząc ją w tym stanie, nie pytałem, jakiego koloru ma włosy, ukryte pod dużą czapą, ani też nie poprosiłem o dane osobowe, co zapewne zaspokoiłoby ciekawość policyjnych detektywów, prokuratora i sędziego. Zamiast tego, bezczelnie usiłowałem jej pomóc, za co później wszyscy ci zacni ludzie postanowili uznać mnie za przestępcę. Moim pierwszym pomysłem było wykorzystanie do pomocy znajdującego się także w naszej grupie posła Piotra Ikonowicza, który – teoretycznie – nie powinien być przetrzymywany przez policję bez zgody Sejmu. Oczywiście, Piotr zgodził się bez namysłu wyprowadzić z kordonu kobietę w oparciu o posiadany immunitet i ruszył wraz z nią do policjantów. Tym razem, legitymacja poselska zadziałała, ale... tylko wobec jej właściciela. Stan kobiety nie skłonił policjantów do żadnej reakcji, choć wstrząsały nią konwulsje. Wówczas, o naiwności, usiłowałem przekonać kilku policjantów stojących w różnych miejscach otaczającego nas pierścienia, o konieczności doprowadzenia kobiety do karetek pogotowia. W większości nie reagowali oni w żaden sposób, tylko dwóch z nich raczyło się odezwać. „Nam też nie pasuje to wszystko” – powiedział pierwszy z nich, odnosząc się najwyraźniej do całej pacyfikacji manifestacji, a nie do sprawy, z którą się do niego zwróciłem. Drugi, który już chyba lepiej zidentyfikował problem, wyjaśnił że „teraz nie ma dowódcy”, sugerując nawyraźniej, abym poczekał na przybycie jakiegoś oficera. Na prośbę jednak, aby dowódcę zawołać, policjanci nie reagowali, zapewne nie chcąc naruszać trwałości kordonu.
Uznałem jednak, że nie powinienem czekać, patrząc na potykającą się w błoto kobietę. Pogląd mój podzieliło najwyraźniej jeszcze kilka osób, bo sporą grupą, ze mną na szpicy zaczęliśmy pchać się na policjantów.
Pragnę przy tym wyraźnie zaznaczyć, iż owo pchanie, dokonane co prawda ze sporym impetem, było rzeczywiście pchaniem, a nie jakimś biciem, czy kopaniem funkcjonariuszy. Osobiście, naparłem na kordon częściowo prawym bokiem, a częsciowo plecami, nie byłem więc w stanie nawet uderzyć, a co dopiero kopnąc policjanta na wysokości piersi, który to czyn znalazł się w zarzucie. Uczyniłem tak celowo, własnie po to aby uniknąc ewentualnych podejrzeń napaść na funkcjonariuszy – napieranie na siebie demonstrantów i policji jest sposobem działania przyjętym zwyczajowo na manifestacjach, który normalnie nie podlega sankcjom prawnym.
Otaczający nas policjanci, którzy przyszli pacyfikować demonstrację pielęgniarek, nie górników, nie byli owego dnia w pełnym rynsztunku bojowym i gdybym rzeczywiście zaczepił nogą występującego w roli pokrzywdzonego Andrzeja Ch. z Piwnicznej, to z pewnością odczułby on to dośc boleśnie. A wówczas mógłby jako dowód posłużyć się obdukcją, zwłaszcza, ze nie jest to mężczyzna rosły, a – według jego własnych zeznań – ważył wówczas około trzydziestu kilkogramów mniej ode mnie. Co więcej, także ja musiałbym odnieść okreslone obrażenia, albowiem trudno sobie wyobrazić, że osobnik, który rzekomo podchodzi do kordonu i kopie z premedytacją mocno pierwszego z brzegu funkcjonariusza, traktowany jest przez policję jedynie za pomocą chwytów obronnych.
Sytuacja parcia na kordon trwała zaledwie kilka sekund, jednak impet spowodował, że kordon pękł i grupa manifestantów znalazła się na zewnątrz zmkniętej dotąd przestrzeni. Mam wrażenie, że wśród tych osób była także potrzebująca pomocy lekarskiej kobieta – a więc, że cała nasza akcja była w pewien sposób efektywna – ale mogę się mylić, wkrótce bowiem otrzymałem od tyłu silne uderzenie w nogi na wysokości łydki i nieoczekiwanie znalazłem się na ziemi. Chwilę potem, zostałem postawiony na nogi przez dzielnych czterech policjantów, którzy zaczęli prowadzić mnie w kierunku kolumny radiowozów. W tym momencie, mój kolega z organizacji Witold, usiłował wyrwać mnie z rąk policjantów. Mimo młodego wieku i niewielkiego doświadczenia, zachował się on bardzo mądrze, unikając kontaktu bezposredniego z funkcjonariuszami, i szarpiąc jedynie moją osobę, co normalnie nie powinno grozić mu w sytuacji demionstracji żadnymi konsekwencjami prawnymi. Niestety, za ów piękny przejaw solidarności z zatrzymanym współtowarzyszem, przyszło Witkowi zapłacić drogo, bo aż tysiąc złotych. Jego również policjanci oskarżyli o naruszenie ich świętej nietykalności, a Witek – jak zeznał pod przysięgą w sądzie – odwołał się od wyroku w postępowaniu nakazowym o jeden dzień za późno.
W zamieszaniu, które powstało po próbie wyrwania mnie z rąk policjantów, zostałem ponownie obalony na ziemię. Tym razem, funkcjonariusze postanowili się zająć się moją osobą bardziej pieczołowicie i dłuższy kawałek do samochodu przebyłem w pozycji poziomej. Dopiero w pobliżu stojących aut położyli mnie na ziemi pozwalając wstać i tak doprowadzony zostałem do furgonetki z częścią wydzieloną dla aresztantów. Tam, po raz pierwszy w życiu zostałem skuty kajdankami – nie jest to miłe uczucie. Obok posadzono Witka, także obezwładnionego metalem na przegubach.
Drzwi do furgonetki pozostawiono niezamknięte, co sprawiło, że chcąc nie chcąc staliśmy się świadkami wielce gorszącej sceny. Dwóch z policjantów, którzy brali udział w dostarczeniu nas do radiowozu rozmawiało z trzecim, wyraźnie ich zwierzchnikiem, na nasz temat. „To co ten pobił ciebie, a ten ciebie, czy odwrotnie?” zapytał przełożony, a dwaj podwładni zgodzili się na proponowaną wersję. Wówczas, zdenerwowany tak jawną bezczelnością, wychyliłem się z samochodu i zwróciłem im uwagę, że skoro już dokonują takich manipulacji, to mogliby się oddalić wystarczająco daleko, aby nie słyszeli tego ludzie, których to dotyczy. Policjanci nie przejęli się zbytnio moją uwagą i wybrali łatwiejszy sposób odseparowania nas od siebie – po prostu zamknęli drzwi furgonetki.
Po kilku minutach przyprowadzono do samochodu kolejnego mężczyznę, którego zapamiętałem jako długowłosego młodzieńca odzianego w beżowy sztruks. Przedstawił się on jako pielęgniarz i – jeżeli dobrze pamiętam – wspomniał coś o żonie zatrudnionej w służbie zdrowia. Wkrótce, auto ruszyło i zawiozło nas do śródmiejskiego komisariatu policji na ul. Wilczej 21. Tu zostaliśmy rozkuci i zatrzymani na kilka godzin w niewielkiej klatce, w której towarzyszył nam pewien dresiarz złapany podobno na rozboju, który przez cały ten czas nie wypowiedział ani słowa.
Na komisariat przy ul. Wilczej przywieźli nas już policjanci nie z oddziałów prewencji, którzy już nie udawali, że mają do czynienia z groźnymi bandytami i raczej podkpiwali sobie z tych, którzy pacyfikowali manifestację pielęgniarek. Do nas odnosili się życzliwie, pocieszając, że kolację zjemy w domu. Tak też się stało, choć musieliśmy poczekać, aż zjawią się owi rzekomo pobici, wpiszą nasze dane do swoich notatników i zostaną przesłuchani.
[edytuj] Wsparcie
- wziąć udział w demonstracjach solidarności z Andrzejem Smosarskim, które odbędą się w Warszawie, pod siedzibą Sądu Apelacyjnego, ul. Szopena 1:
- 26 wrzesnia, godz. 15:00, z przemarszem pod pobliskie Ministerstwo Sprawiedliwości - 27 wrzesnia, godz. 08:00
- zorganizować 26 września akcję solidarnościową w swoim mieście (prosimy o kontakt: info@ck-la.tk )
- wesprzeć finansowo – jeżeli Cię na to stać – kampanię obrony Andrzeja Smosarskiego, wpłacając pieniądze na konto:
Andrzej Smosarski PKO BP Inteligo 50 1020 5558 1111 1508 3200 0044
Każda złotówka pomoże w kampanii. Jeżeli zaznaczysz, że można podać Twoje dane, albo np. imię, lub ksywę, to przyjęcie wpłaty zostanie potwierdzone na niniejszej stronie internetowej. Uwaga: pieniądze pozyskiwane w ten sposób zostaną wydatkowane na koszty związane z obsługą prawną procesu lub kampanię informacyjną, nie zaś na uregulowanie grzywny.

